miércoles, 12 de diciembre de 2012

KUBA ODNAWIA SZEREGI?


Media podały informację, iż podczas V Plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby (PCC) zaakceptowana została, przedstawiona przez Raula Castro, kandydatura Bruno Rodrígueza Parrilla na członka Biura Politycznego tejże partii.
Skąd takie zainteresowanie mediów tym mianowaniem?
Komentarze ogólne, również prasy kubańskiej, oceniają ten ruch jako kontynuację polityki odnawiania szeregów partyjnych i rządowych, zatwierdzonej zresztą podczas zeszłorocznego VI Kongresu Partii Komunistycznej Kuby (16-19 kwietnia 2011). Większość członków Biura Politycznego piastuje również wysokie stanowiska państwowe, łącznie z funkcją prezydenta i wiceprezydentów. Komunistyczna Partia Kuby powołana do życia oficjalnie 3 października 1965 roku, powstała z przekształcenia Partido Unido de la Revolución Socialista de Cuba na bazie Zintegrowanych Organizacji Rewolucyjnych (w tym M-26-7).
Przyjrzyjmy się więc składowi Biura Politycznego PCC. Średnia wieku tego gabinetu to 67,5 roku. Wartości te chociaż dosyć wysokie, nie budzą już takiego przerażenia jak jeszcze parę lat temu (przed 2009 rokiem), kiedy dokonały się pierwsze ważniejsze wymiany pokoleniowe, a średnia wieku przekraczała wówczas znacząco 70 lat. Jednak 3 osoby piastujące również urząd Prezydenta Rady Państwa i dwóch wiceprezydentów ma powyżej 80 lat. Cechą jednak charakterystyczną tego politycznego gremium jest przewaga wojskowych. Z 16 członków połowa związana jest bezpośrednio z Siłami Zbrojnymi Kuby (Fuerzas Armadas Revolucionarias). Dopiero od 2009 roku, po formalnym objęciu przez Raula Castro władzy, zaczęto wprowadzać pewne nieśmiałe zmiany personalne idące w kierunku odmładzania i również odideologizowania kadr politycznych. Na trzy osoby zwraca się szczególną uwagę: byłego ministra gospodarki a dziś wiceprezydenta rady państwa Marino Murillo lat 51, Miguela Díaza-Canel Bermudeza lat 52 - wicepremiera i wiceprezydenta oraz Bruno Rodrigueza ministra spraw zagranicznych. Do grupy tej należy dodać jedyną kobietę w Biurze Politycznym PCC, mającą poniżej 50 lat, Mercedes López. Czy są to zabiegi reformatorskie? Jeśli spojrzymy na to szerzej, z perspektywy również nieśmiałych zmian gospodarczych, można stwierdzić, że Raul Castro  jako pragmatyk, przewiduje że żyć wiecznie nie będzie i przygotowuje następcę bądź ewentuanych następców. Czy jednak będzie to jedna z tych wymienionych wyżej osób czy raczej będziemy świadkami rodzinnej sukcesji, trudno dzisiaj powiedzieć. Sami Kubańczycy w kraju i na emigracji nie są zgodni co do przewidywań. Dla osób jednak walczących o równy dostęp do stanowisk państwowych zastanawiający może być fakt, iż w grupie tej reprezentacja kobiet jest w zasadzie żadna a większość z osób ma europejskie pochodzenie. Poniżej aktualny skład Biura Politycznego Komunistycznej Partii Kuby:

Pierwszy Sekretarz Komitetu Centralnego PCC: Raúl Castro Ruz (ur. 1931) Prezydent Rady Państwa, Premier (wojskowy)

Drugi Sekretarz: José Ramón Machado Ventura (ur. 1930), Wiceprezydent Rady Państwa

Członkowie
  • Ramiro Valdés Menéndez (ur. 1932), Wiceprezydent Rady Państwa (wojskowy)
  • Abelardo Colomé Ibarra (ur. 1939), Wiceprezydent Rady Państwa (wojskowy)
  • Julio Casas Regueiro (ur. 1936), (wojskowy)
  • Esteban Lazo Hernández (ur. 1944)
  • Ricardo Alarcón de Quesada (ur. 1937), Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego
  • Miguel Díaz-Canel Bermúdez, (ur. 1960) Wicepremier Kuby, Wiceprezydent Rady Państwa
  • Leopoldo Cintra Frías (ur. 1941) Minister Sił Zbrojnych (wojskowy)
  • Ramón Espinosa Martín (ur. 1939) (wojskowy)
  • Álvaro López Miera (ur. 1943) (wojskowy)
  • Salvador Valdés Mesa (ur. 1950) działacz związkowy
  • Mercedes López Acea (ur. 1964)
  • Marino Murillo Jorge (ur. 1961) Wiceprezydent Rady Państwa
  • Abdel Izquierdo Rodríguez, (ur. 1947) Minister Planowania i Gospodarki
  • Bruno Rodríguez (ur. 1958), Minister Spraw Zagranicznych
źródło
http://www.granma.cu/espanol/cuba/12diciem-insiste.html
http://www.elnuevoherald.com/2012/12/12/1362722/canciller-rodriguez-asciende-a.html

martes, 27 de noviembre de 2012

DNI KUBAŃSKIE W CESLA

W DNIACH 29 i 30 LISTOPADA 2012 ROKU ODBĘDZIE SIĘ SERIA SPOTKAŃ NAUKOWYCH ORGANIZOWANYCH PRZEZ CESLA A POŚWIĘCONYCH KUBIE, KTÓRE STANOWIĄ INTEGRALNĄ CZĘŚĆ REALIZOWANEGO PROJEKTU BADAWCZEGO QUO VADIS CUBA? IMPLIKACJE DLA EUROPY I POLSKI. PONIŻEJ SZCZEGÓŁY DOTYCZĄCE TEMATYKI I MIESCA SPOTKAŃ:


29 LISTOPA, g. 12.00, miejsce: CESLA UW, Warszawa, De la sociedad corporativa a la generación Anonymous: retos globales que Cuba encuentra hoy (Od społeczeństwa korporacyjnego do pokolenia Anonymous: globalne wyzwania dla współczesnej Kuby) wygłosi Joaquin Badajoz (dziennikarz i publicysta, dyrektor wykonawczy wersji hiszpańskojęzycznej czasopisma Cosmopólitan). Wykład odbędzie się w jęz. hiszpańskim. zaproszenie na wykład (kliknij tutaj)

29 LISTOPADA, g. 16.20, miejsce: Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Budynek Humanistyki, UMCS, Lublin, Cuba: un espejismo de la izquierda (Kuba: iluzja lewicy), wygłosi pisarz kubański Ladislao Aguado, spotkanie koordynuje dr. Katarzyna Krzywicka. Wykład odbędzie się w języku hiszpańskim

30 LISTOPADA,
g. 18.00, miejsce: bar Grawitacja, ul. Browarna 6, Warszawa, Música, nacionaliso e ideología en la Cuba del siglo XXI (Muzyka, nacjonalizm i ideologia na Kubie XXI wieku), wygłosi pisarz Ladislao Aguado. Spotaknie tłumaczone na j. polski. Organizowane w ramach Latynoandrzejek we współpracy z wydawnictwem Claroscuro

domingo, 18 de noviembre de 2012

Ankieta "Moja wizja Kuby"

Drodzy Czytelnicy
W ostatnich tygodniach nasze wysiłki skoncentrowane były na zbieraniu informacji na temat Kuby wśród różnych społeczności. Nasz projekt "Quo Vadis Kuba?" zakłada wzięcie pod uwagę jak najszerszej gamy czynników, które mogą kształtować i warunkować rozwój i przyszłość Kuby. Jednym z takich elementów jest indywidualna wizja Kuby, funkcjonująca zarówno wśród mieszkańców Wyspy jak i Kubańczyków mieszkających poza nią. W tym celu stworzyliśmy dwa rodzaje ankiet, jedną skierowaną do Kubańczyków mieszkających na wyspie http://webankieta.pl/ankieta/woc3c6m6f568 a drugą do kubańskich emigrantów http://webankieta.pl/ankieta/woc3c5jvp20w. Obie udostępnione zostały w formie on-line i są anonimowe.
Zdajemy sobie sprawę, że w pierwszym przypadku uzyskanie jakichkolwiek informacji może być trudne, jednakże nawet niewielka liczba wypełnionych ankiet będzie stanowić uzupełnienie do wywiadów i ankiet zebranych w czasie naszego pobytu na Kubie na przełomie marca i kwietnia br. 
Drugą, należy uznać już w tym momencie za sukces. Aktualnie odpowiedziało na nią ponad 270 respondentów!

Innym obszarem naszych badań jest chęć poznania opinii na temat aktualnej sytuacji na Kubie wśród akademickiej młodzieży europejskiej. W tym celu stworzyliśmy kilka wersji językowych tej samej ankiety. Projekt zakłada analizę implikacji jakie mogą mieć ewentualne zmiany na Kubie dla Europy i Polski. Wydaje się, że poznanie zdania osób - przyszłych decydentów i przedsiębiorców europejskich na temat Kuby jest bardzo ważne.
Podobnie jak wcześniej omawiane, ankiety te również są anonimowe i dostępne on-line. 
Wersja w języku polskim dostępna jest na stronie http://webankieta.pl/ankieta/woc3c12xpvgc
Wersja w języku hiszpańskim http://webankieta.pl/ankieta/woc3c3bwl2rq
Wersja w języku francuskim http://webankieta.pl/ankieta/woc3c1e7udti
Wersja w języku niemieckim http://webankieta.pl/ankieta/woc3c3bpix5i 

Jeszcze tylko przez kilka tygodni będzie istniała możliwość ich wypełnienia. Dlatego zwracam się do Państwa z prośbą o aktywne uczestnictwo w tym przedsięwzięciu i wypełnienie ankiety oraz rozpropagowanie jej wśród swoich bliższych i dalszych znajomych.

Dziękuję serdecznie za pomoc
Katarzyna Dembicz  


lunes, 22 de octubre de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz.14, 6 kwietnia 2012 (dzień w Matanzas)


Wczorajsza noc czyli kolacja (z kubańską pizzą w roli głównej) i rozmowy z mieszkańcami Matanzas stały się niezapomniane dla wszystkich członków wyprawy i pokazały jak jedno miejsce może odkryć wiele twarzy Kuby. Najbardziej sympatyczną rozmówczynią tamtego wieczoru była 94letnia matka właścicielki casa particular, która pomimo zaawansowanego wieku świetnie posługiwała się komputerem i skypem aby łączyć się ze swoimi dziećmi i wnukami mieszkającymi w Hiszpanii.
Teraz powinno paść pytanie: Skąd internet na Kubie? Przecież większość mieszkańców nie ma do niego dostępu.


Fot. 1 Nasza 94letnia rozmówczyni (W.O.)

Moc sprawcza mieszkańców wyspy nie zna granic tak jak Polaków za PRL-u.  Do tego trzeba dodać jednak, że na Kubie istnieje grupa uprzywilejowanych, którzy dzięki zajmowanym stanowiskom i powiązaniom uzyskała dostęp do łączy internetowych. Do której grupy należała ta rodzina, tylko możemy się domyślać ....
(Więcej na temat internetu i blogosfery na Kubie  http://otrolunes.com/archivos/15/php/este-lunes/este-lunes-n15-a01-p01-2010.php)

Rano podzieliliśmy się na podgrupy i ruszyliśmy w miasto pytać Kubańczyków o Kubę i otaczający ich świat. Razem z Zuzią pojechaliśmy na stadion miejski, oczywiście baseballowy, na którym występują słynni Cocodrilos de Matanzas. Oczywiście nie trzeba wspominać, co jest maskotką drużyny.

Na stadion wiedzie aleja, przy której stoi kilkanaście tablic z podobiznami dawnych gwiazd Cocodrilos, wraz z ich krótkimi życiorysami. Stadion całkiem ładny, choć w dziwnym jak na tego typu budowlę różowym kolorze, na 18 tysięcy widzów, bez krzesełek, tylko z betonowymi stopniami do siedzenia. Chociaż jak nam powiedział dozorca obiektu, mało kto tam siedzi, bo Kubańczycy dopingują niezwykle żywiołowo. Nad koroną tablica wyników i zdjęcia grającego w baseball Fidela. Wokół napisy, że sport to zdrowie, i największy Venceremos (Zwyciężymy), jaki widywaliśmy już w różnych miejscach i przy różnych okazjach. Zresztą trzeba przyznać, że jest to napis dość uniwersalny.


Fot. 2 i 3. Stadion Cocodrilos w Matanzas (W.O.)


Przypadkiem trafiliśmy na trening grupy bokserów. Jeden z nich (były członek kadry juniorów Kuby, który musiał zrezygnować ze sportu, żeby utrzymać rodzinę i teraz uprawia boks już tylko dla przyjemności) o imieniu Edgar natychmiast zaoferował nam, że pokaże swój trening. Jego wyższy o głowę kumpel założył tarcze i przez kilkanaście minut demonstrowali swoje umiejętności. Pogratulowaliśmy Edgarowi formy i chcieliśmy wychodzić, gdy chłopaki zaczęli coś krzyczeć i wkładać mi na dłonie rękawice. Pomyślałem, że też mam powalić trochę w skórzane tarcze kumpla Edgara, ale sytuacja zmieniła się, gdy tamten oddał swój sprzęt około 40-letniemu facetowi o groźnej minie i posturze solidnego boksera wagi półciężkiej, a inny zawodnik zaczął mi nakładać kask. Czyżby to znaczyło, że mam nie tylko zadawać ciosy, ale i je... przyjmować?!

Fot. 4. Mała rozgrzewka kubańskego mistrza i Wojtka

Na szczęście Edmundo (mistrz Spartakiady w latach 80. w wadze półciężkiej, obecnie trener najlepszej sekcji bokserskiej na Kubie) okazał zrozumienie i poprzestaliśmy tylko na nauce kilku kombinacji pięściarskich. Trochę mnie tylko zdziwiło, że na dźwięk nazwiska Gołota kubańscy sportowcy specjalnie się nie wzruszyli, Adamka pomylili z jakimś duchownym, a o Włodarczyku – jak sami przyznali – nigdy nie słyszeli. Zrzuciliśmy to jednak na karb blokady informacyjnej wyspy... Poznaliśmy za to kilka szczegółów, dotyczących kultury sportowej na Kubie. Nie ma tam klubów w naszym rozumieniu, szkolenie jest oparte o szkoły i ośrodki w poszczególnych prowincjach, a prawie każde dziecko uprawia jakąś dyscyplinę. Podobno najpopularniejsze są baseball (czyli pelota), lekkoatletyka, judo, a ostatnio coraz bardziej piłka nożna. Zresztą w większości miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy, chłopcy grali właśnie w futbol.
Chodzą też w koszulkach z nazwiskami gwiazd piłkarskich, ewentualnie koszykarskich. Nie widzieliśmy nikogo w koszulce z nazwiskiem znanego baseballisty. Na koniec Edmundo dodał, że system szkolenia na Kubie jest dobry, ale zawodnikom i trenerom brakuje częstszych wyjazdów zagranicznych, żeby podpatrywać innych. Na marginesie należy dodać, że Kuba nie może poradzić sobie z  silną emigracją wśród sportowców, którzy zaledwie osiągnąwszy międzynarodowy poziom marzą o zamieszkaniu zagranicą i często przy okazji międzynarodowych rozgrywek nie wracają do kraju. Takie wiadomości jak ta są częste w prasie latynoamerykańskiej, hiszpańskiej czy amerykańskiej http://www.cubanet.org/otros/escapan-en-puerto-rico-cinco-basquetbolistas-cubanos/

Pozostali członkowie wyprawy równie produktywnie spędzili ten dzień. Ich rozmówcami okazali się nauczyciel matematyki oraz przyszła Santera. Wizyta u czarnoskórej wyznawczyni santería była o tyle ciekawa, że mieliśmy okazję poznać rodzinę o bardzo niskich dochodach, złożoną jak się okazało głównie z kobiet. Mężczyźni [jak sama Isabel mówiła], nigdy nie gościli w tym domu. Temat rozmowy dotyczył przede wszystkim perspektyw życia, które nie są wcale optymistyczne dla takich jak ona osób - ze słabym wykształceniem i niskimi dochodami, czarnoskórych.

Fot. 5. San Lazaro y Santa Barbara w jednym z domów w Matanzas (O.B)
Na popołudnie zaplanowaliśmy wycieczkę do nieodległej Cueva Bellamar. Byliśmy już w dwóch jaskiniach i szału się nie spodziewaliśmy, tymczasem Bellamar bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Odkryta przypadkiem (jak zapewne większość jaskiń) w połowie XIX wieku, zachwyca formami nacieków. Właściwie nie ma co o niej opowiadać, lepiej obejrzeć na zdjęciach. Za to wracając, widzieliśmy wypalanie traw, przy czym trawa była wysokości średniego drzewa, a płomień buchał na dobre 10 metrów. Zastanawialiśmy się, czy ktokolwiek to kontroluje.
... Aha, trasę do Cueva Bellamar i z powrotem pokonaliśmy trzybiegowym (plus wsteczny) dodge'em z 1950 roku. Jak zapewniał taksówkarz (już trzecie pokolenie właścicieli cacka) – z oryginalnym silnikiem.
Wieczorem obserwowaliśmy, jak dzieci na placyku w Matanzas grają w pelotę. Mecz skończył się jak miliony podobnych widowisk na całym świecie – któryś z chłopców trafił piłką zbyt blisko starszej pani i oburzona matrona przegoniła przyszłe gwiazdy Cocodrilos.

Fot. 6. Dzieciaki grają w pelota na placu w Matanzas (W.O.)
Kobiety jakoś nie mają zrozumienia dla sportu – kilka minut wcześniej ta sama piłka uderzyła w ucho słynnego Jose Marti, a jednak ten nie zaprotestował. Pewnie dlatego, że jest z kamienia, a tysiące jego pomników, posągów, popiersi i innych po... są codziennie w ten sposób obijane na całej Kubie. Przyzwyczaił się.

Fot. 7. Pomnik Jose Marti w Matanzas, jeden z tysięcy na Kubie (O.B.)


autor: W. Osiński

viernes, 5 de octubre de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz.13, 5 kwietnia 2012 (z Varadero do Matanzas)


W nocy nasze uszy zmierzyły się z odgłosami tropikalnej burzy. Błyskawice, grzmoty, ulewa i zawierucha. Z samego rana zachwycił nas turkus i spokój wody.
Varadero okazało się najmniej dobrym miejscem na przeprowadzenie wywiadów, jednak świetnym dla gospodarczych i społecznych obserwacji, uzupełniających poczynione do tej pory i jak się okazało również późniejszych. Ten kilkugodzinny zaplanowany odpoczynek, jak się potem okazało, nie był nam jednak pisany.
Targ z pamiątkami w Varadero, w porównaniu z podobnymi w innych miejscach Ameryki Łacińskiej i również Kuby był przyjemnym zaskoczeniem. Sprzedawcy nie nagabują, nie rzucają się na wyścigi do klienta, można spokojnie chodzić między stoiskami i oglądać bez konieczności wypisywania sobie na koszulce słów „no, gracias”.
Monika jednak nie dość spokojnie chodziła między tymi stoiskami  bo wpadła w dziurę i uszkodziła stopę. I tak nadeszła wiekopomna chwila, żeby przetestować wychwalaną pod niebiosa, całkowicie darmową (dla Kubańczyków) dumę narodową Kuby, czyli służbę zdrowia. Kasia z Moniką zapakowały się do 50-letniej taksówki i pojechały do szpitala. Tam posadzono Monikę na wózek inwalidzki (takie przepisy, jak w USA) i zawieziono na prześwietlenie. 
Fot. 1. Gabinet lekarski w szpitalu miejskim w Varadero (K.D.)
 Jednak ku zaskoczeniu pacjentki drzwi do gabinetu rentgenowskiego otworzyła zaspana, z włosami w nieładzie, Pani radiolog, która w pośpiechu zaczęła składać koc, prześcieradło i przykrycie, na których spała na łóżku pod aparaturą do prześwietleń. Okazało się, że system pracy na Kubie przypomina nasz, polski. Czyli, żeby związać koniec z końcem lekarze odbywają wielogodzinne dyżury i jak tylko mogą to gdzie popadnie przesypiają wolne od zajęć chwile. Pani Doktor od rentgena miała za sobą 24 godzinny dyżur (i jeszcze cały dzień pracy przed sobą). 
Co zdarza się i u nas, Pani była jeszcze w takim stanie nieświadomości, że zapragnęła zrobić zdjęcie zdrowej nogi naszej koleżanki. Wreszcie udało się przełamać wszelkie przeciwności. Wykonane zdjęcie trafiło do rąk drugiej Pani doktor, która bez badania manualnego najpierw rzuciła okiem na zdjęcie, a potem stwierdziła: „Nie ma złamania, przez trzy dni nie obciążać nogi, trzymać ją w górze”. Całość badania trwała 45 minut plus 20 CUC, ale najważniejsze, że Monika, potraktowana jeszcze dodatkowo jakimiś tajemniczymi zabiegami Oscara, mogła wsiąść na rower i uczestniczyć w wyprawie.
I dobrze, bo gdyby została trzy dni w 'Bazarero', nie zobaczyłaby w czasie drogi do Matanzas ani latarni morskiej w Punta Maya przy zachodzie słońca, 

Fot. 2. Zachód słońca w Punta Maya (W.D.)
ani rozbijających się o kamienisty brzeg fal Zatoki Meksykańskiej, ani też zapewne pięknego domu w Matanzas, w którym przyszło nam mieszkać.

Droga do Matanzas była długa i co najważniejsze, również dla dwóch przyrodników - Oscara i Wojtka, bardzo interesująca. Najpierw jechaliśmy wzdłuż szosy o bardzo natężonym ruchu gdzie po naszej prawej stronie fale rozbijały się o brzeg pokryty koralowcami a po lewej ciągnęły się plantacje agawy, jedne zadbane inne od wielu lat porzucone. 
Fot. 3: PLantacje agawy koło Varadero (K.D.)
Mieliśmy również okazję przejeżdżać przez teren porośnięty mangrowiami, a widok zachodzącego na horyzoncie słońca zaburzał jedynie dymiący w oddali komin z przemysłowej części Matanzas. 

Fot. 4: Mangrowia w drodze do Matanzas (W.D.)

Podejść, nie mówiąc o wejściu, do latarni morskiej w Punta Maya nie mogliśmy, bo jak się okazało teren był wojskowy i poproszono nas o jego szybkie opuszczenie. Do Matanzas wjechaliśmy już po zmierzchu i pierwszą naszą obserwacją był poziom zadbania oraz iluminacji miasta. Co w  porównaniu z ciemną Hawaną zdawało się niewiarygodne, ale jednak prawdziwe.
Matanzas pomimo utraty swojej pozycji na rzecz rozwijającego się u jego boku Varadero, wiele również zyskało. Jego ludność zatrudniona jest w dużej mierze w Varadero, odwiedzane jest  sporą liczbę turystów (chociaż przejezdnych) i tym samym uzyskuje środki na utrzymanie czystości i renowację zabytków. Dynamicznie rozwija się również port z przetwórnią ropy naftowej.

Fot. 5. Matanzas nocą (W.D.)
Do centrum Matanzas dojechaliśy szybko i równie sprawnie odnaleźliśmy naszą kwaterę.
Wejście do niej było niepozorne. Ot, zwykłe, stare, czerwonobrązowe drzwi z kołatką i dzwonkiem. Za nimi wchodziło się do czegoś w rodzaju garażu, zaadaptowanego na pracownię fotograficzno-kserokopiarską. Dalej przechodziło się do wielkiego przedsionka, w którym stał telewizor i dwa bujane fotele. Były też drzwi prowadzące do dwóch pokoi. Potem otoczone czterema ścianami, otwarte patio bez dachu. Stamtąd wiodły drogi do korytarza, kuchni, łazienki oraz kolejnych pokoi z których zajęliśmy dwa. Z pobieżnych obliczeń wyszło nam, że mieszkanie ma wysokość około 6,5 metra przy czterometrowych, lecz dość wąskich drzwiach. Resztę jego uroków poznaliśmy dopiero następnego dnia. Jednak Matanzas by night okazało się przebojem całego wyjazdu. Wspaniale oświetlone, z żelaznymi i murowanymi mostami zasługuje na miano jednego z najpiękniejszych miast Kuby. 
Fot. 6 i 7: Matanzas nocą (W.D)

Mieszkańcy też przebojowi - ale o tym w następnym odcinku ..........

autorzy: W.Osiński, K.Dembicz

jueves, 27 de septiembre de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 12, 4 kwietnia 2012 (z Cárdenas do Varadero)


Cárdenas to pierwsze zelektryfikowane miasto na Kubie. Stało się to 7 września 1889 r. 
Niegdyś perełka Kuby, ośrodek przemysłowy i kulturalny, dziś popada w ruinę i wydaje się w zapomnienie. W 1884 roku uruchomiono tu pierwszą w kraju rafinerię cukru.

Fot. 1. Budynek banku w sercu Cárdenas (W.D.)
Na ulicach widać czasy dawnej świetności – ładne domy z kolumnami przed wejściem, szerokie ulice, gmachy dawno nie funkcjonujących banków, katedra a przed nią plac z rzucającymi ciem ogromnymi fikusami. Niestety wszystko jak wszędzie zaniedbane, miejscami zrujnowane, jak choćby duży dom naprzeciwko kościoła. Ostała się tylko fasada a z jego wnętrza wyrastały już drzewa, których gałęzie przedzierały się przez otwory ziejących pustką okien.

Fot. 2 Miasto Cárdenas i jego bryczki (W.Doroszewicz)

Znakiem firmowym Cárdenas są bryczki. I to nie powozy na dziesięć siedzących bokiem do kierunku jazdy osób (które często spotykaliśmy na kubańskich drogach), tylko prawdziwe dwu-, trzyosobowe pojazdy z eleganckimi siedzeniami. Woźnice przesiadywali na środku placu w cieniu rozłożystego drzewa, a gdy jeden z nich trafiał klienta, konie pozostałych same przesuwały się naprzód, formując w ten sposób uporządkowaną kolejkę. Wyglądało to naprawdę zabawnie. 

Oczywiście wożenie ludzi nie jest jedynym zajęciem powożących, zresztą chyba nikt na Kubie nie trudni się tylko jednym fachem. Każdy pracuje na państwowej posadzie, zarabiając grosze. Na przykład, jeden z woźniców jest strażnikiem na stacji benzynowej za 250 pesos nacionales miesięcznie. Za takie pieniądze trudno byłoby nawet godnie umrzeć, a co dopiero godnie żyć. Na szczęście za wożenie ludzi po godzinach pracy (6–14), czyli po południu i wieczorem, można na czysto dorobić 2–3 tysiące kubańskich peso (do 130 dolarów USA). Inni też dorabiają – szyją buty, jeżdżą taksówkami, robią sok guarapo albo pizzę, a przede wszystkim handlują czym się da. Wszystko po to, by jakoś związać koniec z końcem, dotrwać do 'pierwszego'. Bo na Kubie niby nie ma bezrobocia, ale wyżyć w kraju, w którym przeciętna pensja (ok. 500 pesos nacionales) wynosi tyle, co cena dwóch koszulek na targu dla turystów, nie jest łatwo.

Fot. 3. Nasza przewodniczka po Cárdenas (W.Osinski)
Do wylotówki na Varadero prowadziła nas para młodych undergroundowców – włosy ufarbowane na blond, kolczyki, tatuaże. On muzyk, z własnym repertuarem w jednym z hoteli w Varadero, właściciel budki z lodami, a z wykształcenia lekarz rehabilitant. Ona, pomimo 23 lat, matka dwójki dzieci, w tym jednego ośmiolatka. On i ona marzą o lepszym życiu ale na Kubie, sami stwierdzili że dzięki prywatnej inicjatywie stać ich na wiele więcej niż gdyby pracowali gdziekolwiek za granicą kraju.
Nasi rozmówcy, postanowili odprowadzić nas do granic miasta i przy okazji pokazać nam nieznane Cárdenas.
Fot. 4. Plaża w Cardenas (O.Barboza)



Przejechaliśmy obok brzydkich,  odrapanych budynków fabryki rumu, co od razu rozpoznaliśmy po unoszącym się wokół pysznym zapachu, jednak dalej droga prowadziła obok brudnej plaży i ciągnącego się na setki metrów dzikiego wysypiska śmieci, mając w perspektywie socjalistyczne bloki. To trochę inna twarz Kuby niż ta, którą poznaliśmy dotychczas i którą pokazuje się turystom.

Droga do Varadero była równa, szeroka, ale pełna samochodów i spalin. Jazda dla jednym może nieciekawa, ale dla nas interesująca bo wiodła przez jeden z najbardziej uprzemysłowionych obszarów Kuby. Mijaliśmy zakłady produkujące cement, szkło, elektrownię i zakłady petrochemiczne.
Fot. 5. Wjeżdżając do Varadero (O.B.)

Przy wjeździe do Varadero widać było, że trafiamy do kurortu – przy drodze stały zadbane panie w skąpych strojach, jakby informując przybysza, że właśnie wjeżdża do najpopularniejszego i najbardziej rozrywkowego miejsca na Kubie.
Na dzień dobry w Varadero minęliśmy grupę dziewczyn w czarnych koszulkach i białych spodniach, taki albo w odwróconych kolorach jest standardowy strój w kubańskich hotelacj i restauracjach. Na zapleczu jednego z hoteli miały odprawę z szefową. Na komendę uśmiechały się i przybierały atrakcyjne pozy. Wieczorem poszliśmy na plażę, pustą o tej porze.

Fajnie, morza szum, gwiazd blask i tylko wszechobecny zapach ropy naftowej psuł sielankowy nastrój. Oscar stwierdził, że „huele a desarrollo” (pachnie rozwojem), co potem przychodziło nam na myśl przez cały pobyt na północnym wybrzeżu Kuby.
A Varadero? No cóż, Ci z nas co nigdy tu nie byli ciężko się rozczarowali i po jednym dniu pobytu z chęcią wyjechali.

Fot. 6. Lazur kubańskich wód (O.B.)
To co między innymi mogliśmy zaobserwować to, że tu najszybciej zawitały wprowadzane przez rząd 'swobody' gospodarcze. Chociaż Varadero nie zrobiło na nas piorunującego wrażenia, ot, zwykły kurort poza sezonem to liczba miejsc noclegowych w prywatnych domach jest imponująca. Również ich standard. Chociaż ceny wyższe niż gdzie indziej.
Tu również wyraźnie widać dwie Kuby, tę dla posiadaczy walut wymienialnych i tę zwykłą Kubę o wiele biedniejszą ale, w której ludzie chętnie ze sobą rozmawiają, piją na ulicy piwo opierając się o ladę przydrożnej blaszanej budki, jedzą pizzę za 10 peso albo krokiety z frytkami z kartonowego pojemnika.

W.Osiński, K.Dembicz

miércoles, 19 de septiembre de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 11, 3 kwietnia 2012 (z Playa Larga do Cárdenas)


To okazał się najbardziej szalony z dotychczasowych dni. Większość rzeczy, które się wydarzyły, nie była zaplanowana. Na szczęście, wszystko jak zwykle skończyło się dobrze. Ale po kolei.
Do południa wszystko jeszcze było normalne. Wybraliśmy się na spacer, którego głównym celem były rozmowy z Kubańczykami. Podzieleni na grupy, część pieszo, a część rowerami, zapuściliśmy się w różne zakamarki Playa Larga – punkt naprawy rowerów, sklep, biuro parku narodowego, szkoła podstawowa, mała restauracja. 
Fot. 1. Rozmawiając z miejscowym drobnym przedsiębiorcą

Niektórzy dotarli w nieco dalsze jego okolice, gdzie wciąż tradycyjnymi metodami wytwarza się w lesie węgiel drzewny i mieli możliwość porozmawiania z carboneros czyli węglarzami. Ciénaga de Zapata to wyspecjalizowany w produkcji węgla drzewnego region, chociaż jak potwierdzają miejscowi wytwarza się go znacznie mniej niż na przykład w latach 70tych. Carboneros działają jako samodzielni wytwórcy bądź jako robotnicy zatrudniani przez państwowe przedsiębiorstwa. 

Fot. 2. Kubański carbonero
Węglarze cenią sobie gatunki drzew o ciężkim i twardym drewnie ale niezbyt wysokie, z tego powodu obszarami ich działalności są często namorzyny, bogate w drzewa odpowiadające tym wymaganiom, tak charakterystyczne dla Ciénaga de Zapata. Region ten charakteryzował się przed rewolucją ogromnym zapóźnieniem cywilizacyjnym a carboneros byli synonimem tego zacofania. Z tego powodu ta grupa była jedną z docelowych dla programów alfabetyzacji i pomocy socjalnej ale również prześladowanych za brak chęci podporządkowania się socjalistycznym zasadom a także za przekonania religijne, gdyż wielu z nich należało do Świadków Jehowy i innych grup wyznaniowych.
Fot. 3. Niewielki stos kryjący w sobie węgiel drzewny
Jak przygotowuje się stos pod węgiel drzewny?
Carbonero układa stos drewna o wysokości około 3-4 m. i średnicy do 10 m, który okrywa trawą i ziemią. Od momentu podpalenia, wyżarzanie trwa 1 do 2 tygodni i wymaga wentylacji poprzez tworzenie otworów wentylacyjnych i ich regulację poprzez ich zmniejszanie lub zwiększanie (poniżej film z miejscowym węglarzem, który opowiada o swojej pracy).



Wróćmy jednak do kolejnych zadań realizowanych przez naszą wyprawę.....

Fot. 4. Krab (W.D)
Inna część grupy w drodze do miejscowej szkoły otoczona została przez lądowe kraby wędrujące do morza każdej wiosny, aby się rozmnażać. Kilkutygodniowa migracja karaibskich krabów (Gecarcinus ruricola) z lasów Ciénaga de Zapata jest jednym ze wspaniałych spektakli przyrody. Choć są to zwierzęta lądowe, nadal oddychają skrzelami, dlatego przez pozostałą część roku żyją w cienistych lasach, w wilgotnych miejscach. Wędrują rankiem i wieczorem, unikają słońca, ukrywają swój drogocenny ładunek przed wysuszeniem. Upalny dzień przeczekują z dala od promieni słonecznych, pod korzeniami, na drzewach czy w liściach. Miliony intensywnie czerwonych lub żółtych krabów, wyłącznie samic, z podniesionymi szczypcami niczym armia rycerzy, maszeruje każdej wiosny, aby złożyć w zatoce jaja. Z nich wykluje się nowe pokolenie tych skorupiaków, które po kilku tygodniach wyruszą w podróż powrotną do lasu. Niestety na ich trasie wyrosło wiele śmiertelnych przeszkód – ogrodzone posesje, baseny czy drogi, na których giną ich tysiące pod kołami mknących pojazdów.

Fot. 5. Wszędobylskie kraby z Cienaga de Zapata (W.D)
Spakowani przed podróżą powrotną do Jagüey Grande aż przysiedliśmy na chwilę, ponieważ wszyscy mieliśmy w pamięci ten beznadziejnie prosty odcinek drogi przez bagienny teren, dlatego szybko złapaliśmy ciężarówkę „transporte obrero”, która podwiozła nas nieco, czyli do farmy krokodyli. Tam znów na siodełka i – tym razem z wiatrem w plecy – szybko dotarliśmy do miasta, gdzie znów zahaczyliśmy o domek naszego przyjaciela Don Pedra, wcześniej zatrzymując się na obfity posiłek podlany pysznym sokiem z papai. Wyjechaliśmy od niego późnym popołudniem. Na dworze szarzało, a na domiar złego wyraźnie zapowiadało się na burzę, a przynajmniej solidny deszcz. Jechaliśmy drogami pośród plantacji cytrusowych. Nikt już się nie zastanawiał, czy uprawianych, czy nie, bo każdy z niepokojem śledził rozwój sytuacji na niebie. Zaczynało kropić, nasilał się wiatr. Nagle, jakby znikąd, pojawiła się ciężarówka. Niestety bez budy, ale w naszej sytuacji czuliśmy się, jakbyśmy wygrali szóstkę w lotto. No, może piątkę. Mieliśmy wszystko – transport, jedną karimatę do siedzenia, drugą do budowy wiatrochronu, ktoś znalazł kawałek folii, inny brudną, ale ciepłą bluzę z długimi rękawami, a całości szczęścia dopełniała niedopita reszta Santero, znaleziona na wierzchu bagażu. Nic to, że było mokro, zimno i wiało. Ważne, że nasza piątka (dwójka przezornie schowała się w kabinie kierowcy) miała dobre humory i towarzyszyło nam poczucie przeżywanej przygody.
Fot. 6. My i przygoda (M.S.)
Przejechaliśmy tak około 30 kilometrów pośród kompletnego pustkowia (drogi, którymi jechaliśmy, były budowane tylko na potrzeby transportu owoców między wielohektarowymi sadami), na szczęście dość szybko przestało padać. Podskakując na nierównościach, zastanawialiśmy się, co by było, gdybyśmy nie złapali tej ciężarówki... 

Na przedmieścia Jovellanos dotarliśmy dobrze po zmroku. Kierowca nie mógł nas dalej wieźć, bo podobno za wożenie ludzi na lewo państwową ciężarówką grozi 10 lat więzienia. Przynajmniej tak nam powiedział. Pożegnaliśmy się, a dosłownie pięć minut po zdjęciu z paki ostatniego roweru nadjechał policyjny gazik. Miejscowy rikszarz, który miał nas poprowadzić przez miasto na drogę wylotową do Cárdenas, nie wsypał kierowcy i odstawił nas na rogatki, do czego policjanci sugestywnie go zobligowali. Jednak nie tyle z troski o nasze bezpieczeństwo, ile z troski o zachowanie w tajemnicy faktu, że w Jovellanos tego dnia doszło do zamieszek na tle rasowym. Ta część wyspy nazywana jest la bemba, co w potocznym języku oznacza grubą wargę - taką jaką posiadają Afrykanie, których potomkowie zamieszkują ten region charakteryzujący się niegdyś intensywną plantacyjną uprawą trzciny cukrowej a dzisiaj wysokim bezrobociem wśród młodzieży.
Pomimo starań miejscowych stróżów prawa, wiadomość o zamieszkach wydostała się poza Jovellanos, i my też się wydostaliśmy, choć pierwszy raz na Kubie czuliśmy się nieswojo i trochę jakby zagrożeni. Spojrzenia, które towarzyszyły nam przy wyjeździe z Jovellanos nie były ani przyjazne, ani ciekawskie, raczej była w nich zła energia i dopiero wtedy nabrały dla nas sensu przestrogi i rady Don Pedra i kierowcy ciężarówki, którzy odradzali nam zatrzymywanie się w tym miasteczku.
Około 10 kilometrów przebyliśmy w szybkim tempie, gęsiego, po ciemku i prawie bez słowa. Jechało się nawet dobrze, pomijając niebezpieczeństwo ze strony przemykających co jakiś czas tirów i niewidocznych, choć na szczęście nielicznych, dziur w asfalcie i lekkiego deszczu. W miejscowości Carlos Rojas pytając o dalszą drogę, usłyszeliśmy od jednej miłej pani, że do Cárdenas jest bardzo daleko, a zwłaszcza po ciemku i na rowerach niezbyt bezpiecznie, więc lepiej wziąć ciężarówkę, której chętnie użyczą jej kuzyni. Biorąc pod uwagę okoliczności, bez ceregieli skorzystaliśmy z rady. Znowu wszystko się pomieściło i jakimś cudem bezpiecznie trafiliśmy do kolejnego celu czyli pierwszego zelektryfikowanego miasta na Kubie - Cárdenas.

autorzy: W.Osiński, W. Doroszewicz

lunes, 17 de septiembre de 2012

"Przyszłość demokracji na Kubie" wykład w CESLA UW

Serdecznie zapraszamy na wykład Dr Oscara Alvareza Araya, profesora Universidad Nacional de Costa Rica, zatytułowany "Przyszłość Demokracji na Kubie". 

Wygłoszony zostanie w ramach uroczystości inauguracji roku akademickiego 2012/13 w CESLA, 3 października o godz. 10.30.

Serdecznie zapraszamy do CESLA, ul. Smyczkowa 14, II piętro, Aula Libertadores

jueves, 6 de septiembre de 2012

Wystawa "Kuba - Ameryka Łacińska - Polska"

Zainaugurowana w czerwcu wystawa "Kuba - Ameryka Łacińska - Polska" jeszcze tylko do końca września będzie gościć w Muzeum Politechniki Warszawskiej. 
Jest to wspólne przedsięwzięcie Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Warszawskiego, które wyraża długoletnie zainteresowania pracowników obu instytucji tak różnorodnym regionem, pod względem kulturowym i politycznym, jakim jest Ameryka Łacińska.
Część poświęcona Kubie zatytułowana została "Kuba 2012", stanowi element konstruowania płaszczyzny do debaty nad stanem społecznym, gospodarczym i politycznym Kuby w ramach naszego projektu badawczego. Prezentuje efekty aktualnych badań kubańskich Centrum Studiów Latynoamerykańskich UW jak i dorobek naukowy CESLA w tym względzie. Wyprawa, która dostarczyła większość eksponowanego materiału, zorganizowana na przełomie marca i kwietnia 2012, relacjonowana jest w dziennikach rowerowych na naszym blogu.
Serdecznie zapraszam do obejrzenia wystawy i mam nadzieję, że załączony krótki film prezentujący ją zachęci Państwa do odwiedzenia Muzeum Politechniki Warszawskiej przy ulicy Nowowiejskiej 24 (otwarte w godz. 9.00 do 16.00, istnieje możliwość indywidualnego umówienia  się).

Katarzyna Dembicz

 

viernes, 24 de agosto de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 10, 2 kwietnia 2012 (z Jaguey Grande do Playa Larga)


Z Jagüey Grande do Playa Larga wyruszyliśmy około południa i to chyba nie był najlepszy pomysł, bo słońce tego dnia grzało jak oszalałe. Jechaliśmy zwykłą, słabo uczęszczaną drogą, najpierw mijaliśmy niewielkie miejscowości, których świetność przeminęła, jak się wydaje wraz z boomem cukrowym. Potem przekroczyliśmy wrota obszaru chronionego rozległych bagien - Ciénaga de Zapata

Fot. 1. Wjazd do rezerwatu biosfery Cienaga de Zapata
Krajobraz dla większości z nas był ciekawy jedynie przez pierwsze trzy kilometry. Po lewej stronie mijaliśmy wypalone po ogromnym pożarze ledwie zazieleniające się trzcinowiska i lasy galeriowe z odradzającymi się kopernicjami, innym typowym dla Kuby rodzajem palmy, obejmującym 26 gatunków rosnących tylko na tej wyspie. Natomiast po prawej niezmiennie użytkowane jako pastwiska tereny podmokłe z gdzieniegdzie wyrastającymi wysepkami bagiennych zadrzewień.
fot.2. Wypalone trzcinowiska (W.Doroszewicz)

Później trochę czuliśmy się tym znużeni, bo ciągle jechaliśmy przez bagna w parzącym słońcu, a wypalone obszary jakby dodawały jeszcze od siebie do podziałki na termometrze. Choć to raczej nasze poczucie ciepła wzmagane było przez wysoką wilgotność powietrza. Żeby chociaż jakieś zwierzę przebiegło drogę, albo krokodyl z bagna machnął ogonem… nic z tego. Krokodyle kubańskie jednak zobaczyliśmy – na specjalnej farmie pełniącej nieocenioną rolę w ochronie i reintrodukcji tego zagrożonego wyginięciem gatunku. Na niewielkich wybiegach gniotły się dziesiątki tych sympatycznych zwierzaków w różnym wieku i rozmiarze.
Fot. 3. Małe egzemplarze Krokodyla Kubańskiego (W.D.)

Większość z nich się nie ruszała, ogrzewały się zastygając w promieniach słońca jeden na drugim z rozdziawionymi paszczami, co sprawiało wrażenie, ze się dziwią, że słońce może palić aż tak mocno. Większość gadów miała dopiero 2–5 lat, a najmniejsze wykluły się niecały rok temu, więc jeszcze niewiele widziały i miały prawo się dziwić różnym rzeczom.
Fot. 4. Krokodyli sposób na gorące dni (W.Osiński)
Tak jak para angielskich turystów, którzy wzięli małego krokodyla na ręce i zdziwili się, że ich obsikał.
Wreszcie i my mogliśmy zastygnąć w cieniu chociaż na chwilę w małej restauracji, gdzie piliśmy sok z rumem prosto z kokosa i spróbowaliśmy mięsa z krokodyla. Było dobre, delikatne, trochę podobne do kurczaka. Zestaw kosztował 12 CUC.
Z farmy jadąc kilkanaście kilometrów drogą bez żadnego zakrętu odczuwaliśmy jeszcze większe znużenie, choć krajobraz się zmienił i po obu stronach drogi rósł gospodarowany przez ludzi las, więc i niewiele było poza nim widać. W końcu dotarliśmy do Playa Larga, mijając po drodze kilka zakopanych w ziemi bunkrów z czasów inwazji w Zatoce Świń.
Fot. 5. Bunkier jakich wiele na Cienaga de Zapata i w okolicach Bahia de los Cochinos (W.O.)
Miejsce silnie związane z historią Kuby i panującym systemem jest symbolem zwycięstwa nad amerykańskim imperializmem, co na każdym kroku jest podkreślane. Gdy zobaczyliśmy wielki mural głoszący, że jest to pierwsza takie zwycięstwo, w Oscarze odezwała się jego duma narodowa, wszakże Kostaryka ma w swojej historii mniej powszechnie znane wydarzenie, datowane na 1856 rok a dokładnie 20 marca, kiedy to w bitwie pod Santa Rosa (Guanacaste) pokonano filibusterów W. Walkera.
Fot. 6. Hasła jakich wiele podkreślające znaczenie wydarzeń z Girón (O.B.)
Przy wjeździe przywitał nas duży napis na jednym z domów Union de Jovenes Comunistas.
Znaleźliśmy casę i pomknęliśmy na plażę, licząc na wieczorną kąpiel w Morzu Karaibskim. Mocno się jednak zawiedliśmy, bo oprócz wraku okrętu desantowego z okresu inwazji na plaży zobaczyliśmy tylko miliony czarnych glonów, czyniących z wody czarną maź. Poleżeliśmy chwilę na plaży, co natychmiast wykorzystał plażokrążca, oferując nam pamiątki z drewna, które jak twierdził, wykonał własnoręcznie. Dziwnym trafem wyglądały identycznie jak setki przedmiotów, które wcześniej widzieliśmy w sklepach i stoiskach z wyrobami dla turystów, co ciekawe były tam tańsze. Pojawiła się też Kubanka, która bez zbędnych wstępów zapytała o prezenty albo pieniądze dla jej dzieci. Najodważniejsi z nas się wykąpali na krótko wskakując do ciepłego jak zupa morza i wróciliśmy do pobliskiej restauracji na posiłek. Przy kolacji zderzyliśmy się z kubańskością – barman przyjął od nas zamówienie, po czym... zapomniał przekazać tę informację do kuchni, wskutek czego odbyliśmy ponadgodzinny post, wypełniony tylko kolejnymi pysznymi drinkami Tiki Tiki (tak też nazywał się lokal). A oto przepis: mleko kokosowe, sok ananasowy, curaçao. Proporcje – jak tam komu pasuje. Możliwe, że było tam coś jeszcze, na przykład rum, bo na Kubie drink bez rumu byłby jak Fidel bez brody, czyli jakiś taki niekubański. Tiki Tiki było dobre, ale ryba, która wreszcie udało się wyprosić na kolację, z tego wszystkiego byle jeszcze na wpół żywa, co Wojtek wprawnym przyrodniczym okiem od razu wychwycił.
Wieczorem część poszła spać, a najsilniejsi postanowili poprowadzić poważną dyskusję o naszych dotychczasowych kubańskich spostrzeżeniach. Czekał nas kolejny bardzo ciekawy dzień w Playa Larga ...........
autorzy: W.Osiński i W.Doroszewicz

miércoles, 15 de agosto de 2012

13 sierpnia Fidel Castro skończył 86 lat ....


„Fidel, Fidel, co takiego ma on w sobie, że Amerykanie nie mogą sobie dać z nim rady?” – skandowali Kubańczycy w latach siedemdziesiątych. Nie tylko Amerykanie, ale i Rosjanie, kiedy był w stanie odważnie powiedzieć ówczesnym przywódcom radzieckim: ”Tu przelewa się nasza krew i to my będziemy decydować o przebiegu walk”. (Chodziło o interwencję kubańską w Etiopii).
Miałem okazję zwiedzić gabinet w Hawanie, z którego kierował własnymi oddziałami w tym odległym kraju.
Jedni go wychwalają, a drudzy widzą w nim dziekana dyktatorów, tyrana ciemiężącego bohaterski naród. Na Kubie nie znajdzie się jednak jednej ulicy czy placu, który by nosił jego imię. Jego ostatnie urodziny były też obchodzone bardzo skromnie. Kiedy z okazji 200-lecia niepodległości niektórych krajów latynoamerykańskich stu wybitnym intelektualistom latynoamerykańskim postawiono zadanie wyboru dziesięciu najwybitniejszych postaci w XIX i XX wiecznej historii regionu Fidela Castro postawiono obok Simona Boliwara. Decyzję argumentowano „skuteczną obroną niepodległości Kuby przed Stanami Zjednoczonymi”.   
„Rewolucja” to słowo, które będzie wypowiadał we wszystkich przypadkach. Widział w niej przede wszystkim uwolnienie się narodu spod dyktatury Batisty i zerwanie więzów łączących ówczesne elity polityczne ze Stanami Zjednoczonymi. Nigdy nie zapomni faktu, że delegacji kubańskiej na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ, w roku 1959, hotele nowojorskie odmawiały pobytu i ostatecznie, delegacja musiała zamieszkać w murzyńskiej dzielnicy Nowego Jorku i że nie mógł spotkać się z przedstawicielami polityki i biznesu amerykańskiego.
W czasie wizyty w Polsce, w czerwcu 1972 roku, jego antyamerykańska fobia doprowadziła do  konsternacji. Gospodarze musieli się źle poczuć, kiedy podczas oficjalnych spotkań z ludnością Fidel Castro był w stanie zauważyć: „Nixonowi śpiewaliście „Sto lat”. Mnie – nie.
Czyżbyście mi źle życzyli?” Górnicy zebrani w katowickim spodku zamarli. Nastąpiła cisza, którą po pewnym czasie przerwał sam Fidel obciążając tłumacza za złe tłumaczenie jego wypowiedzi. Potrzeba udowodnienia dobrej kondycji fizycznej wyraziła się w Krakowie w zorganizowaniu meczu koszykówki z udziałem koszykarzy Wisły Kraków.
Przekonanie o tym, że „wszystko potrafię” przynosiło niejednokrotnie katastrofalne efekty. Przykładem pomysł „intensywnego pastwiska” zaimportowany z Francji.
Zafascynowany chemią, posiadał własne laboratorium, w którym przeprowadzał różne eksperymenty. Jeden z nich, dotyczył wyprodukowania miodu pitnego z doskonałego jakościowo miodu produkowanego w rodzinnym gospodarstwie Castrów, zarządzanego przez brata Ramona (na marginesie: matka Fidela powiedziała mu, że nigdy mu nie wybaczy tego, że upaństwowił ich własność rodzinną). Otóż, starania nie przynosiły efektu i pozostając pod wrażeniem polskich dwójniaków i trójniaków postanowił wysłać do Polski pracownika INRA (Narodowego Instytutu Reformy Rolnej) z zadaniem uzyskania odpowiedniej receptury od producentów lubelskich.
Uwielbiał wedlowskie „ptasie mleczko”.
Bez względu na ostateczną ocenę osoby Fidela Castro i to, czy historia mu przebaczy czy też nie, bez niego inna byłaby nie tylko historia Kuby, ale całej Ameryki Łacińskiej.

autor: Lech Miodek
wieloletni parcownik MSZ
wiecej na http://quovadiskubapl.blogspot.com/p/zespo.html

viernes, 10 de agosto de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 9, 1 kwietnia 2012 (z La Lanza do Jaguey Grande)

Witamy po niewielkiej przerwie na łamach dzienników rowerowych. Pauzie spowodowanej różnorodnymi czynnikami, również natury zawodowej.
Przepraszamy tych wszystkich, którzy z niecierpliwością czekali na kolejne odcinki rowerowych sprawozdań opisujących kubańską rzeczywistość. Jednak jeśli zwróciliście Państwo uwagę, w międzyczasie postowaliśmy na tematy nawiązujące do najświeższych wydarzeń politycznych na Kubie.

"Dzienniki rowerowe" cz. 9, 1 kwietnia 2012 (z La Lanza do Jaguey Grande)

Pomimo, że był to dzień psikusów chyba nikt z nas zafascynowanych otaczającą nas rzeczywistością nie pamiętał o prima aprylis. Tego ranka, po dosyć intensywnym poprzednim dniu bogatym również w przeżycia kulinarne (skubanie kur i pieczenie) i sportowe (kubańskie domino w parach) nie przewidzieliśmy jednego – że na prawdziwej kubańskiej wsi koguty zaczynają piać nie o 5 rano, tylko... 1.30 w nocy. To nie przesada, kładąc się spać, słyszeliśmy co kilkadziesiąt sekund wrzask któregoś z tych pseudo ptaków. Po krótkim śnie od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy na wsi.

Fot. 1. Nasz dom w La Lanza
 
 Do piania kogutów dołączyło szczekanie psa, gdakanie kury, muczenie krowy i chrumkanie świnek. Na szczęście obyło się bez brzęczenia komarów. Do naszej izby w kubańskim bohio (wiejska chata), wiedzione zwierzęcą ciekawością, wturlały się kolejno: szary kurczak, czarna i kulawa kura i czarno-biały pies.
Pies nie zauważył kulawej kury i usiadł na niej. Kura była chyba nie tylko kulawa, ale i niema, bo grzecznie czekała aż pies po czterech sekundach się zorientuje, że popełnił faux pas i usiądzie gdzie indziej.

 Mieliśmy doić krowę i Ewelina się nawet za to zabrała, ale krasula miała cielaka i była trochę zestresowana. Trochę mleka jednak udało się z niej jednak wycisnąć i tradycyjne café con leche na śniadanie miało wyjątkowy wymiar.


Fot. 2. Nauka dojenia krowy w La Lanza
Towarzyszenie naszym gospodarzom w codziennych czynnościach z pewnością przyczyniło się do większej otwartości całej rodziny, którą mieliśmy okazję tego ranka poznać. Spędziliśmy jeszcze parę godzin na rozmowach z naszym gospodarzem i jego bratem, podziwiając również skonstruowany przez nich trzykołowy pojazd, który jak podkreślali jest niezbędny w prowadzeniu tego gospodarstwa rolnego, nastawionego głównie na hodowlę bydła z przeznaczeniem na mleko i mięso.

Fot. 3. Trójkołowy pojazd naszego gospodarza (autor: O. Barboza)


Na Kubie rolnicy są zobowiązani do sprzedaży państwu całego mięsa, nawet w przypadku padnięcia bydła a handel wołowiną jest surowo zabroniony i podlega karze kilku lat więzienia. Z tego też powodu czarny rynek obrotu wołowiną kwitnie, chociaż jest bardzo zakonspirowany. W trakcie naszej podróży kilkakrotnie opowiadano nam o tym procederze.
Fot. 4. Ostatnie zdjęcie w La Lanza
No cóż, wszystko co piękne kiedyś musi się skończyć. Po serdecznym pożegnaniu z naszym Guajiro pojechaliśmy dalej do Jaguey Grande, już autopistą, czyli autostradą. Ciągle pustą, ale gorącą i z 30-kilometrowym odcinkiem bez cienia i bez cafeterii, gdzie można by odpocząć i napić się czegoś zimnego.

Fot.5: W drodze do Jaguey Grande
To było prawdziwe wyzwanie dla naszych organizmów. Wszyscy jednak przetrwali, za to Monika dostąpiła zaszczytu wymiany przebitej dętki – pierwszej i na szczęście ostatniej podczas całej naszej wyprawy, co uważamy za duży sukces, jak na 18 rowerowych dni, ponad 700 kilometrów, siedem osób i czternaście kół. 



Fot. 6: Cytrusowy sad w drodze do Jaguey Grande (autor: W.Doroszewicz)

Wzdłuż tych kilkudziesięciu kilometrów jazdy jak na patelni, po naszej lewej stronie jazy czyli północnej - mogliśmy oglądać sady cytrusów (w większości porzucone) - limonek, pomarańczy i grejpfrutów, które intensywnie uprawiano w latach 70. i 80. W latach 90. tereny te zostały dotknięte głębokim kryzysem gospodarczym (podobnie jak reszta wyspy). Niektóre z przedsiębiorstw przetwórstwa owocowego a także cukrownie (jak Austrialia - widniejąca na tablicy informacyjnej, zdjęcie nr 5) zostały zamknięte a ludność zmuszona była do emigracji z tych obszarów. Dzisiaj ziemie te są rekultywowane a w miejsce cytrusów często sadzi się drzewa mango i gujawy.

Fot. 7: Zielona gujawa (autor: W.D)

Po przeciwnej stronie jezdni natomiast rozciągała się wzdłuż drogi północna granica Ciénaga de Zapata, największego obszaru bagiennego na Karaibach - rezerwatu biosfery.

Fot. 8: Północna granica Cienaga de Zapata

Ostatnie kilometry przed Jaguey Grande przebyliśmy w szybkim tempie i pod dużą presją zbliżającej się burzy. Opatrzność znów nad nami czuwała, bo woda z granatowego nieba polała się szerokim strumieniem tuż po tym, jak ostatni członkowie naszej kolumny znaleźli się pod dachem przydrożnej stacji benzynowej.

 Liczyliśmy na to, że odnajdziemy w tej 100 tysięcznej miejscowości, po ponad 20 latach braku kontaktu, znajomego Kasi. I tak się stało. Po godzinie odebrał nas stamtąd Don Pedro (carramba, jak trudno go było zrozumieć) i zabrał nas do swojego domu, nakarmił, wysuszył i udzielił schronienia.
Ten głęboko wierzący w ideały rewolucyjne człowiek odkrył przed nami inny sposób percepcji kubańskiej rzeczywistości i pokazał, że na Kubie jest wiele osób takich jak on - żyjących w przekonaniu że rewolucja kubańska nie tylko nie poszła na marne ale nadal trwa.

autorzy: W. Osiński i K.Dembicz