jueves, 27 de septiembre de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 12, 4 kwietnia 2012 (z Cárdenas do Varadero)


Cárdenas to pierwsze zelektryfikowane miasto na Kubie. Stało się to 7 września 1889 r. 
Niegdyś perełka Kuby, ośrodek przemysłowy i kulturalny, dziś popada w ruinę i wydaje się w zapomnienie. W 1884 roku uruchomiono tu pierwszą w kraju rafinerię cukru.

Fot. 1. Budynek banku w sercu Cárdenas (W.D.)
Na ulicach widać czasy dawnej świetności – ładne domy z kolumnami przed wejściem, szerokie ulice, gmachy dawno nie funkcjonujących banków, katedra a przed nią plac z rzucającymi ciem ogromnymi fikusami. Niestety wszystko jak wszędzie zaniedbane, miejscami zrujnowane, jak choćby duży dom naprzeciwko kościoła. Ostała się tylko fasada a z jego wnętrza wyrastały już drzewa, których gałęzie przedzierały się przez otwory ziejących pustką okien.

Fot. 2 Miasto Cárdenas i jego bryczki (W.Doroszewicz)

Znakiem firmowym Cárdenas są bryczki. I to nie powozy na dziesięć siedzących bokiem do kierunku jazdy osób (które często spotykaliśmy na kubańskich drogach), tylko prawdziwe dwu-, trzyosobowe pojazdy z eleganckimi siedzeniami. Woźnice przesiadywali na środku placu w cieniu rozłożystego drzewa, a gdy jeden z nich trafiał klienta, konie pozostałych same przesuwały się naprzód, formując w ten sposób uporządkowaną kolejkę. Wyglądało to naprawdę zabawnie. 

Oczywiście wożenie ludzi nie jest jedynym zajęciem powożących, zresztą chyba nikt na Kubie nie trudni się tylko jednym fachem. Każdy pracuje na państwowej posadzie, zarabiając grosze. Na przykład, jeden z woźniców jest strażnikiem na stacji benzynowej za 250 pesos nacionales miesięcznie. Za takie pieniądze trudno byłoby nawet godnie umrzeć, a co dopiero godnie żyć. Na szczęście za wożenie ludzi po godzinach pracy (6–14), czyli po południu i wieczorem, można na czysto dorobić 2–3 tysiące kubańskich peso (do 130 dolarów USA). Inni też dorabiają – szyją buty, jeżdżą taksówkami, robią sok guarapo albo pizzę, a przede wszystkim handlują czym się da. Wszystko po to, by jakoś związać koniec z końcem, dotrwać do 'pierwszego'. Bo na Kubie niby nie ma bezrobocia, ale wyżyć w kraju, w którym przeciętna pensja (ok. 500 pesos nacionales) wynosi tyle, co cena dwóch koszulek na targu dla turystów, nie jest łatwo.

Fot. 3. Nasza przewodniczka po Cárdenas (W.Osinski)
Do wylotówki na Varadero prowadziła nas para młodych undergroundowców – włosy ufarbowane na blond, kolczyki, tatuaże. On muzyk, z własnym repertuarem w jednym z hoteli w Varadero, właściciel budki z lodami, a z wykształcenia lekarz rehabilitant. Ona, pomimo 23 lat, matka dwójki dzieci, w tym jednego ośmiolatka. On i ona marzą o lepszym życiu ale na Kubie, sami stwierdzili że dzięki prywatnej inicjatywie stać ich na wiele więcej niż gdyby pracowali gdziekolwiek za granicą kraju.
Nasi rozmówcy, postanowili odprowadzić nas do granic miasta i przy okazji pokazać nam nieznane Cárdenas.
Fot. 4. Plaża w Cardenas (O.Barboza)



Przejechaliśmy obok brzydkich,  odrapanych budynków fabryki rumu, co od razu rozpoznaliśmy po unoszącym się wokół pysznym zapachu, jednak dalej droga prowadziła obok brudnej plaży i ciągnącego się na setki metrów dzikiego wysypiska śmieci, mając w perspektywie socjalistyczne bloki. To trochę inna twarz Kuby niż ta, którą poznaliśmy dotychczas i którą pokazuje się turystom.

Droga do Varadero była równa, szeroka, ale pełna samochodów i spalin. Jazda dla jednym może nieciekawa, ale dla nas interesująca bo wiodła przez jeden z najbardziej uprzemysłowionych obszarów Kuby. Mijaliśmy zakłady produkujące cement, szkło, elektrownię i zakłady petrochemiczne.
Fot. 5. Wjeżdżając do Varadero (O.B.)

Przy wjeździe do Varadero widać było, że trafiamy do kurortu – przy drodze stały zadbane panie w skąpych strojach, jakby informując przybysza, że właśnie wjeżdża do najpopularniejszego i najbardziej rozrywkowego miejsca na Kubie.
Na dzień dobry w Varadero minęliśmy grupę dziewczyn w czarnych koszulkach i białych spodniach, taki albo w odwróconych kolorach jest standardowy strój w kubańskich hotelacj i restauracjach. Na zapleczu jednego z hoteli miały odprawę z szefową. Na komendę uśmiechały się i przybierały atrakcyjne pozy. Wieczorem poszliśmy na plażę, pustą o tej porze.

Fajnie, morza szum, gwiazd blask i tylko wszechobecny zapach ropy naftowej psuł sielankowy nastrój. Oscar stwierdził, że „huele a desarrollo” (pachnie rozwojem), co potem przychodziło nam na myśl przez cały pobyt na północnym wybrzeżu Kuby.
A Varadero? No cóż, Ci z nas co nigdy tu nie byli ciężko się rozczarowali i po jednym dniu pobytu z chęcią wyjechali.

Fot. 6. Lazur kubańskich wód (O.B.)
To co między innymi mogliśmy zaobserwować to, że tu najszybciej zawitały wprowadzane przez rząd 'swobody' gospodarcze. Chociaż Varadero nie zrobiło na nas piorunującego wrażenia, ot, zwykły kurort poza sezonem to liczba miejsc noclegowych w prywatnych domach jest imponująca. Również ich standard. Chociaż ceny wyższe niż gdzie indziej.
Tu również wyraźnie widać dwie Kuby, tę dla posiadaczy walut wymienialnych i tę zwykłą Kubę o wiele biedniejszą ale, w której ludzie chętnie ze sobą rozmawiają, piją na ulicy piwo opierając się o ladę przydrożnej blaszanej budki, jedzą pizzę za 10 peso albo krokiety z frytkami z kartonowego pojemnika.

W.Osiński, K.Dembicz

miércoles, 19 de septiembre de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 11, 3 kwietnia 2012 (z Playa Larga do Cárdenas)


To okazał się najbardziej szalony z dotychczasowych dni. Większość rzeczy, które się wydarzyły, nie była zaplanowana. Na szczęście, wszystko jak zwykle skończyło się dobrze. Ale po kolei.
Do południa wszystko jeszcze było normalne. Wybraliśmy się na spacer, którego głównym celem były rozmowy z Kubańczykami. Podzieleni na grupy, część pieszo, a część rowerami, zapuściliśmy się w różne zakamarki Playa Larga – punkt naprawy rowerów, sklep, biuro parku narodowego, szkoła podstawowa, mała restauracja. 
Fot. 1. Rozmawiając z miejscowym drobnym przedsiębiorcą

Niektórzy dotarli w nieco dalsze jego okolice, gdzie wciąż tradycyjnymi metodami wytwarza się w lesie węgiel drzewny i mieli możliwość porozmawiania z carboneros czyli węglarzami. Ciénaga de Zapata to wyspecjalizowany w produkcji węgla drzewnego region, chociaż jak potwierdzają miejscowi wytwarza się go znacznie mniej niż na przykład w latach 70tych. Carboneros działają jako samodzielni wytwórcy bądź jako robotnicy zatrudniani przez państwowe przedsiębiorstwa. 

Fot. 2. Kubański carbonero
Węglarze cenią sobie gatunki drzew o ciężkim i twardym drewnie ale niezbyt wysokie, z tego powodu obszarami ich działalności są często namorzyny, bogate w drzewa odpowiadające tym wymaganiom, tak charakterystyczne dla Ciénaga de Zapata. Region ten charakteryzował się przed rewolucją ogromnym zapóźnieniem cywilizacyjnym a carboneros byli synonimem tego zacofania. Z tego powodu ta grupa była jedną z docelowych dla programów alfabetyzacji i pomocy socjalnej ale również prześladowanych za brak chęci podporządkowania się socjalistycznym zasadom a także za przekonania religijne, gdyż wielu z nich należało do Świadków Jehowy i innych grup wyznaniowych.
Fot. 3. Niewielki stos kryjący w sobie węgiel drzewny
Jak przygotowuje się stos pod węgiel drzewny?
Carbonero układa stos drewna o wysokości około 3-4 m. i średnicy do 10 m, który okrywa trawą i ziemią. Od momentu podpalenia, wyżarzanie trwa 1 do 2 tygodni i wymaga wentylacji poprzez tworzenie otworów wentylacyjnych i ich regulację poprzez ich zmniejszanie lub zwiększanie (poniżej film z miejscowym węglarzem, który opowiada o swojej pracy).



Wróćmy jednak do kolejnych zadań realizowanych przez naszą wyprawę.....

Fot. 4. Krab (W.D)
Inna część grupy w drodze do miejscowej szkoły otoczona została przez lądowe kraby wędrujące do morza każdej wiosny, aby się rozmnażać. Kilkutygodniowa migracja karaibskich krabów (Gecarcinus ruricola) z lasów Ciénaga de Zapata jest jednym ze wspaniałych spektakli przyrody. Choć są to zwierzęta lądowe, nadal oddychają skrzelami, dlatego przez pozostałą część roku żyją w cienistych lasach, w wilgotnych miejscach. Wędrują rankiem i wieczorem, unikają słońca, ukrywają swój drogocenny ładunek przed wysuszeniem. Upalny dzień przeczekują z dala od promieni słonecznych, pod korzeniami, na drzewach czy w liściach. Miliony intensywnie czerwonych lub żółtych krabów, wyłącznie samic, z podniesionymi szczypcami niczym armia rycerzy, maszeruje każdej wiosny, aby złożyć w zatoce jaja. Z nich wykluje się nowe pokolenie tych skorupiaków, które po kilku tygodniach wyruszą w podróż powrotną do lasu. Niestety na ich trasie wyrosło wiele śmiertelnych przeszkód – ogrodzone posesje, baseny czy drogi, na których giną ich tysiące pod kołami mknących pojazdów.

Fot. 5. Wszędobylskie kraby z Cienaga de Zapata (W.D)
Spakowani przed podróżą powrotną do Jagüey Grande aż przysiedliśmy na chwilę, ponieważ wszyscy mieliśmy w pamięci ten beznadziejnie prosty odcinek drogi przez bagienny teren, dlatego szybko złapaliśmy ciężarówkę „transporte obrero”, która podwiozła nas nieco, czyli do farmy krokodyli. Tam znów na siodełka i – tym razem z wiatrem w plecy – szybko dotarliśmy do miasta, gdzie znów zahaczyliśmy o domek naszego przyjaciela Don Pedra, wcześniej zatrzymując się na obfity posiłek podlany pysznym sokiem z papai. Wyjechaliśmy od niego późnym popołudniem. Na dworze szarzało, a na domiar złego wyraźnie zapowiadało się na burzę, a przynajmniej solidny deszcz. Jechaliśmy drogami pośród plantacji cytrusowych. Nikt już się nie zastanawiał, czy uprawianych, czy nie, bo każdy z niepokojem śledził rozwój sytuacji na niebie. Zaczynało kropić, nasilał się wiatr. Nagle, jakby znikąd, pojawiła się ciężarówka. Niestety bez budy, ale w naszej sytuacji czuliśmy się, jakbyśmy wygrali szóstkę w lotto. No, może piątkę. Mieliśmy wszystko – transport, jedną karimatę do siedzenia, drugą do budowy wiatrochronu, ktoś znalazł kawałek folii, inny brudną, ale ciepłą bluzę z długimi rękawami, a całości szczęścia dopełniała niedopita reszta Santero, znaleziona na wierzchu bagażu. Nic to, że było mokro, zimno i wiało. Ważne, że nasza piątka (dwójka przezornie schowała się w kabinie kierowcy) miała dobre humory i towarzyszyło nam poczucie przeżywanej przygody.
Fot. 6. My i przygoda (M.S.)
Przejechaliśmy tak około 30 kilometrów pośród kompletnego pustkowia (drogi, którymi jechaliśmy, były budowane tylko na potrzeby transportu owoców między wielohektarowymi sadami), na szczęście dość szybko przestało padać. Podskakując na nierównościach, zastanawialiśmy się, co by było, gdybyśmy nie złapali tej ciężarówki... 

Na przedmieścia Jovellanos dotarliśmy dobrze po zmroku. Kierowca nie mógł nas dalej wieźć, bo podobno za wożenie ludzi na lewo państwową ciężarówką grozi 10 lat więzienia. Przynajmniej tak nam powiedział. Pożegnaliśmy się, a dosłownie pięć minut po zdjęciu z paki ostatniego roweru nadjechał policyjny gazik. Miejscowy rikszarz, który miał nas poprowadzić przez miasto na drogę wylotową do Cárdenas, nie wsypał kierowcy i odstawił nas na rogatki, do czego policjanci sugestywnie go zobligowali. Jednak nie tyle z troski o nasze bezpieczeństwo, ile z troski o zachowanie w tajemnicy faktu, że w Jovellanos tego dnia doszło do zamieszek na tle rasowym. Ta część wyspy nazywana jest la bemba, co w potocznym języku oznacza grubą wargę - taką jaką posiadają Afrykanie, których potomkowie zamieszkują ten region charakteryzujący się niegdyś intensywną plantacyjną uprawą trzciny cukrowej a dzisiaj wysokim bezrobociem wśród młodzieży.
Pomimo starań miejscowych stróżów prawa, wiadomość o zamieszkach wydostała się poza Jovellanos, i my też się wydostaliśmy, choć pierwszy raz na Kubie czuliśmy się nieswojo i trochę jakby zagrożeni. Spojrzenia, które towarzyszyły nam przy wyjeździe z Jovellanos nie były ani przyjazne, ani ciekawskie, raczej była w nich zła energia i dopiero wtedy nabrały dla nas sensu przestrogi i rady Don Pedra i kierowcy ciężarówki, którzy odradzali nam zatrzymywanie się w tym miasteczku.
Około 10 kilometrów przebyliśmy w szybkim tempie, gęsiego, po ciemku i prawie bez słowa. Jechało się nawet dobrze, pomijając niebezpieczeństwo ze strony przemykających co jakiś czas tirów i niewidocznych, choć na szczęście nielicznych, dziur w asfalcie i lekkiego deszczu. W miejscowości Carlos Rojas pytając o dalszą drogę, usłyszeliśmy od jednej miłej pani, że do Cárdenas jest bardzo daleko, a zwłaszcza po ciemku i na rowerach niezbyt bezpiecznie, więc lepiej wziąć ciężarówkę, której chętnie użyczą jej kuzyni. Biorąc pod uwagę okoliczności, bez ceregieli skorzystaliśmy z rady. Znowu wszystko się pomieściło i jakimś cudem bezpiecznie trafiliśmy do kolejnego celu czyli pierwszego zelektryfikowanego miasta na Kubie - Cárdenas.

autorzy: W.Osiński, W. Doroszewicz

lunes, 17 de septiembre de 2012

"Przyszłość demokracji na Kubie" wykład w CESLA UW

Serdecznie zapraszamy na wykład Dr Oscara Alvareza Araya, profesora Universidad Nacional de Costa Rica, zatytułowany "Przyszłość Demokracji na Kubie". 

Wygłoszony zostanie w ramach uroczystości inauguracji roku akademickiego 2012/13 w CESLA, 3 października o godz. 10.30.

Serdecznie zapraszamy do CESLA, ul. Smyczkowa 14, II piętro, Aula Libertadores

jueves, 6 de septiembre de 2012

Wystawa "Kuba - Ameryka Łacińska - Polska"

Zainaugurowana w czerwcu wystawa "Kuba - Ameryka Łacińska - Polska" jeszcze tylko do końca września będzie gościć w Muzeum Politechniki Warszawskiej. 
Jest to wspólne przedsięwzięcie Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Warszawskiego, które wyraża długoletnie zainteresowania pracowników obu instytucji tak różnorodnym regionem, pod względem kulturowym i politycznym, jakim jest Ameryka Łacińska.
Część poświęcona Kubie zatytułowana została "Kuba 2012", stanowi element konstruowania płaszczyzny do debaty nad stanem społecznym, gospodarczym i politycznym Kuby w ramach naszego projektu badawczego. Prezentuje efekty aktualnych badań kubańskich Centrum Studiów Latynoamerykańskich UW jak i dorobek naukowy CESLA w tym względzie. Wyprawa, która dostarczyła większość eksponowanego materiału, zorganizowana na przełomie marca i kwietnia 2012, relacjonowana jest w dziennikach rowerowych na naszym blogu.
Serdecznie zapraszam do obejrzenia wystawy i mam nadzieję, że załączony krótki film prezentujący ją zachęci Państwa do odwiedzenia Muzeum Politechniki Warszawskiej przy ulicy Nowowiejskiej 24 (otwarte w godz. 9.00 do 16.00, istnieje możliwość indywidualnego umówienia  się).

Katarzyna Dembicz

 

viernes, 24 de agosto de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 10, 2 kwietnia 2012 (z Jaguey Grande do Playa Larga)


Z Jagüey Grande do Playa Larga wyruszyliśmy około południa i to chyba nie był najlepszy pomysł, bo słońce tego dnia grzało jak oszalałe. Jechaliśmy zwykłą, słabo uczęszczaną drogą, najpierw mijaliśmy niewielkie miejscowości, których świetność przeminęła, jak się wydaje wraz z boomem cukrowym. Potem przekroczyliśmy wrota obszaru chronionego rozległych bagien - Ciénaga de Zapata

Fot. 1. Wjazd do rezerwatu biosfery Cienaga de Zapata
Krajobraz dla większości z nas był ciekawy jedynie przez pierwsze trzy kilometry. Po lewej stronie mijaliśmy wypalone po ogromnym pożarze ledwie zazieleniające się trzcinowiska i lasy galeriowe z odradzającymi się kopernicjami, innym typowym dla Kuby rodzajem palmy, obejmującym 26 gatunków rosnących tylko na tej wyspie. Natomiast po prawej niezmiennie użytkowane jako pastwiska tereny podmokłe z gdzieniegdzie wyrastającymi wysepkami bagiennych zadrzewień.
fot.2. Wypalone trzcinowiska (W.Doroszewicz)

Później trochę czuliśmy się tym znużeni, bo ciągle jechaliśmy przez bagna w parzącym słońcu, a wypalone obszary jakby dodawały jeszcze od siebie do podziałki na termometrze. Choć to raczej nasze poczucie ciepła wzmagane było przez wysoką wilgotność powietrza. Żeby chociaż jakieś zwierzę przebiegło drogę, albo krokodyl z bagna machnął ogonem… nic z tego. Krokodyle kubańskie jednak zobaczyliśmy – na specjalnej farmie pełniącej nieocenioną rolę w ochronie i reintrodukcji tego zagrożonego wyginięciem gatunku. Na niewielkich wybiegach gniotły się dziesiątki tych sympatycznych zwierzaków w różnym wieku i rozmiarze.
Fot. 3. Małe egzemplarze Krokodyla Kubańskiego (W.D.)

Większość z nich się nie ruszała, ogrzewały się zastygając w promieniach słońca jeden na drugim z rozdziawionymi paszczami, co sprawiało wrażenie, ze się dziwią, że słońce może palić aż tak mocno. Większość gadów miała dopiero 2–5 lat, a najmniejsze wykluły się niecały rok temu, więc jeszcze niewiele widziały i miały prawo się dziwić różnym rzeczom.
Fot. 4. Krokodyli sposób na gorące dni (W.Osiński)
Tak jak para angielskich turystów, którzy wzięli małego krokodyla na ręce i zdziwili się, że ich obsikał.
Wreszcie i my mogliśmy zastygnąć w cieniu chociaż na chwilę w małej restauracji, gdzie piliśmy sok z rumem prosto z kokosa i spróbowaliśmy mięsa z krokodyla. Było dobre, delikatne, trochę podobne do kurczaka. Zestaw kosztował 12 CUC.
Z farmy jadąc kilkanaście kilometrów drogą bez żadnego zakrętu odczuwaliśmy jeszcze większe znużenie, choć krajobraz się zmienił i po obu stronach drogi rósł gospodarowany przez ludzi las, więc i niewiele było poza nim widać. W końcu dotarliśmy do Playa Larga, mijając po drodze kilka zakopanych w ziemi bunkrów z czasów inwazji w Zatoce Świń.
Fot. 5. Bunkier jakich wiele na Cienaga de Zapata i w okolicach Bahia de los Cochinos (W.O.)
Miejsce silnie związane z historią Kuby i panującym systemem jest symbolem zwycięstwa nad amerykańskim imperializmem, co na każdym kroku jest podkreślane. Gdy zobaczyliśmy wielki mural głoszący, że jest to pierwsza takie zwycięstwo, w Oscarze odezwała się jego duma narodowa, wszakże Kostaryka ma w swojej historii mniej powszechnie znane wydarzenie, datowane na 1856 rok a dokładnie 20 marca, kiedy to w bitwie pod Santa Rosa (Guanacaste) pokonano filibusterów W. Walkera.
Fot. 6. Hasła jakich wiele podkreślające znaczenie wydarzeń z Girón (O.B.)
Przy wjeździe przywitał nas duży napis na jednym z domów Union de Jovenes Comunistas.
Znaleźliśmy casę i pomknęliśmy na plażę, licząc na wieczorną kąpiel w Morzu Karaibskim. Mocno się jednak zawiedliśmy, bo oprócz wraku okrętu desantowego z okresu inwazji na plaży zobaczyliśmy tylko miliony czarnych glonów, czyniących z wody czarną maź. Poleżeliśmy chwilę na plaży, co natychmiast wykorzystał plażokrążca, oferując nam pamiątki z drewna, które jak twierdził, wykonał własnoręcznie. Dziwnym trafem wyglądały identycznie jak setki przedmiotów, które wcześniej widzieliśmy w sklepach i stoiskach z wyrobami dla turystów, co ciekawe były tam tańsze. Pojawiła się też Kubanka, która bez zbędnych wstępów zapytała o prezenty albo pieniądze dla jej dzieci. Najodważniejsi z nas się wykąpali na krótko wskakując do ciepłego jak zupa morza i wróciliśmy do pobliskiej restauracji na posiłek. Przy kolacji zderzyliśmy się z kubańskością – barman przyjął od nas zamówienie, po czym... zapomniał przekazać tę informację do kuchni, wskutek czego odbyliśmy ponadgodzinny post, wypełniony tylko kolejnymi pysznymi drinkami Tiki Tiki (tak też nazywał się lokal). A oto przepis: mleko kokosowe, sok ananasowy, curaçao. Proporcje – jak tam komu pasuje. Możliwe, że było tam coś jeszcze, na przykład rum, bo na Kubie drink bez rumu byłby jak Fidel bez brody, czyli jakiś taki niekubański. Tiki Tiki było dobre, ale ryba, która wreszcie udało się wyprosić na kolację, z tego wszystkiego byle jeszcze na wpół żywa, co Wojtek wprawnym przyrodniczym okiem od razu wychwycił.
Wieczorem część poszła spać, a najsilniejsi postanowili poprowadzić poważną dyskusję o naszych dotychczasowych kubańskich spostrzeżeniach. Czekał nas kolejny bardzo ciekawy dzień w Playa Larga ...........
autorzy: W.Osiński i W.Doroszewicz

miércoles, 15 de agosto de 2012

13 sierpnia Fidel Castro skończył 86 lat ....


„Fidel, Fidel, co takiego ma on w sobie, że Amerykanie nie mogą sobie dać z nim rady?” – skandowali Kubańczycy w latach siedemdziesiątych. Nie tylko Amerykanie, ale i Rosjanie, kiedy był w stanie odważnie powiedzieć ówczesnym przywódcom radzieckim: ”Tu przelewa się nasza krew i to my będziemy decydować o przebiegu walk”. (Chodziło o interwencję kubańską w Etiopii).
Miałem okazję zwiedzić gabinet w Hawanie, z którego kierował własnymi oddziałami w tym odległym kraju.
Jedni go wychwalają, a drudzy widzą w nim dziekana dyktatorów, tyrana ciemiężącego bohaterski naród. Na Kubie nie znajdzie się jednak jednej ulicy czy placu, który by nosił jego imię. Jego ostatnie urodziny były też obchodzone bardzo skromnie. Kiedy z okazji 200-lecia niepodległości niektórych krajów latynoamerykańskich stu wybitnym intelektualistom latynoamerykańskim postawiono zadanie wyboru dziesięciu najwybitniejszych postaci w XIX i XX wiecznej historii regionu Fidela Castro postawiono obok Simona Boliwara. Decyzję argumentowano „skuteczną obroną niepodległości Kuby przed Stanami Zjednoczonymi”.   
„Rewolucja” to słowo, które będzie wypowiadał we wszystkich przypadkach. Widział w niej przede wszystkim uwolnienie się narodu spod dyktatury Batisty i zerwanie więzów łączących ówczesne elity polityczne ze Stanami Zjednoczonymi. Nigdy nie zapomni faktu, że delegacji kubańskiej na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ, w roku 1959, hotele nowojorskie odmawiały pobytu i ostatecznie, delegacja musiała zamieszkać w murzyńskiej dzielnicy Nowego Jorku i że nie mógł spotkać się z przedstawicielami polityki i biznesu amerykańskiego.
W czasie wizyty w Polsce, w czerwcu 1972 roku, jego antyamerykańska fobia doprowadziła do  konsternacji. Gospodarze musieli się źle poczuć, kiedy podczas oficjalnych spotkań z ludnością Fidel Castro był w stanie zauważyć: „Nixonowi śpiewaliście „Sto lat”. Mnie – nie.
Czyżbyście mi źle życzyli?” Górnicy zebrani w katowickim spodku zamarli. Nastąpiła cisza, którą po pewnym czasie przerwał sam Fidel obciążając tłumacza za złe tłumaczenie jego wypowiedzi. Potrzeba udowodnienia dobrej kondycji fizycznej wyraziła się w Krakowie w zorganizowaniu meczu koszykówki z udziałem koszykarzy Wisły Kraków.
Przekonanie o tym, że „wszystko potrafię” przynosiło niejednokrotnie katastrofalne efekty. Przykładem pomysł „intensywnego pastwiska” zaimportowany z Francji.
Zafascynowany chemią, posiadał własne laboratorium, w którym przeprowadzał różne eksperymenty. Jeden z nich, dotyczył wyprodukowania miodu pitnego z doskonałego jakościowo miodu produkowanego w rodzinnym gospodarstwie Castrów, zarządzanego przez brata Ramona (na marginesie: matka Fidela powiedziała mu, że nigdy mu nie wybaczy tego, że upaństwowił ich własność rodzinną). Otóż, starania nie przynosiły efektu i pozostając pod wrażeniem polskich dwójniaków i trójniaków postanowił wysłać do Polski pracownika INRA (Narodowego Instytutu Reformy Rolnej) z zadaniem uzyskania odpowiedniej receptury od producentów lubelskich.
Uwielbiał wedlowskie „ptasie mleczko”.
Bez względu na ostateczną ocenę osoby Fidela Castro i to, czy historia mu przebaczy czy też nie, bez niego inna byłaby nie tylko historia Kuby, ale całej Ameryki Łacińskiej.

autor: Lech Miodek
wieloletni parcownik MSZ
wiecej na http://quovadiskubapl.blogspot.com/p/zespo.html

viernes, 10 de agosto de 2012

"Dzienniki rowerowe" cz. 9, 1 kwietnia 2012 (z La Lanza do Jaguey Grande)

Witamy po niewielkiej przerwie na łamach dzienników rowerowych. Pauzie spowodowanej różnorodnymi czynnikami, również natury zawodowej.
Przepraszamy tych wszystkich, którzy z niecierpliwością czekali na kolejne odcinki rowerowych sprawozdań opisujących kubańską rzeczywistość. Jednak jeśli zwróciliście Państwo uwagę, w międzyczasie postowaliśmy na tematy nawiązujące do najświeższych wydarzeń politycznych na Kubie.

"Dzienniki rowerowe" cz. 9, 1 kwietnia 2012 (z La Lanza do Jaguey Grande)

Pomimo, że był to dzień psikusów chyba nikt z nas zafascynowanych otaczającą nas rzeczywistością nie pamiętał o prima aprylis. Tego ranka, po dosyć intensywnym poprzednim dniu bogatym również w przeżycia kulinarne (skubanie kur i pieczenie) i sportowe (kubańskie domino w parach) nie przewidzieliśmy jednego – że na prawdziwej kubańskiej wsi koguty zaczynają piać nie o 5 rano, tylko... 1.30 w nocy. To nie przesada, kładąc się spać, słyszeliśmy co kilkadziesiąt sekund wrzask któregoś z tych pseudo ptaków. Po krótkim śnie od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy na wsi.

Fot. 1. Nasz dom w La Lanza
 
 Do piania kogutów dołączyło szczekanie psa, gdakanie kury, muczenie krowy i chrumkanie świnek. Na szczęście obyło się bez brzęczenia komarów. Do naszej izby w kubańskim bohio (wiejska chata), wiedzione zwierzęcą ciekawością, wturlały się kolejno: szary kurczak, czarna i kulawa kura i czarno-biały pies.
Pies nie zauważył kulawej kury i usiadł na niej. Kura była chyba nie tylko kulawa, ale i niema, bo grzecznie czekała aż pies po czterech sekundach się zorientuje, że popełnił faux pas i usiądzie gdzie indziej.

 Mieliśmy doić krowę i Ewelina się nawet za to zabrała, ale krasula miała cielaka i była trochę zestresowana. Trochę mleka jednak udało się z niej jednak wycisnąć i tradycyjne café con leche na śniadanie miało wyjątkowy wymiar.


Fot. 2. Nauka dojenia krowy w La Lanza
Towarzyszenie naszym gospodarzom w codziennych czynnościach z pewnością przyczyniło się do większej otwartości całej rodziny, którą mieliśmy okazję tego ranka poznać. Spędziliśmy jeszcze parę godzin na rozmowach z naszym gospodarzem i jego bratem, podziwiając również skonstruowany przez nich trzykołowy pojazd, który jak podkreślali jest niezbędny w prowadzeniu tego gospodarstwa rolnego, nastawionego głównie na hodowlę bydła z przeznaczeniem na mleko i mięso.

Fot. 3. Trójkołowy pojazd naszego gospodarza (autor: O. Barboza)


Na Kubie rolnicy są zobowiązani do sprzedaży państwu całego mięsa, nawet w przypadku padnięcia bydła a handel wołowiną jest surowo zabroniony i podlega karze kilku lat więzienia. Z tego też powodu czarny rynek obrotu wołowiną kwitnie, chociaż jest bardzo zakonspirowany. W trakcie naszej podróży kilkakrotnie opowiadano nam o tym procederze.
Fot. 4. Ostatnie zdjęcie w La Lanza
No cóż, wszystko co piękne kiedyś musi się skończyć. Po serdecznym pożegnaniu z naszym Guajiro pojechaliśmy dalej do Jaguey Grande, już autopistą, czyli autostradą. Ciągle pustą, ale gorącą i z 30-kilometrowym odcinkiem bez cienia i bez cafeterii, gdzie można by odpocząć i napić się czegoś zimnego.

Fot.5: W drodze do Jaguey Grande
To było prawdziwe wyzwanie dla naszych organizmów. Wszyscy jednak przetrwali, za to Monika dostąpiła zaszczytu wymiany przebitej dętki – pierwszej i na szczęście ostatniej podczas całej naszej wyprawy, co uważamy za duży sukces, jak na 18 rowerowych dni, ponad 700 kilometrów, siedem osób i czternaście kół. 



Fot. 6: Cytrusowy sad w drodze do Jaguey Grande (autor: W.Doroszewicz)

Wzdłuż tych kilkudziesięciu kilometrów jazdy jak na patelni, po naszej lewej stronie jazy czyli północnej - mogliśmy oglądać sady cytrusów (w większości porzucone) - limonek, pomarańczy i grejpfrutów, które intensywnie uprawiano w latach 70. i 80. W latach 90. tereny te zostały dotknięte głębokim kryzysem gospodarczym (podobnie jak reszta wyspy). Niektóre z przedsiębiorstw przetwórstwa owocowego a także cukrownie (jak Austrialia - widniejąca na tablicy informacyjnej, zdjęcie nr 5) zostały zamknięte a ludność zmuszona była do emigracji z tych obszarów. Dzisiaj ziemie te są rekultywowane a w miejsce cytrusów często sadzi się drzewa mango i gujawy.

Fot. 7: Zielona gujawa (autor: W.D)

Po przeciwnej stronie jezdni natomiast rozciągała się wzdłuż drogi północna granica Ciénaga de Zapata, największego obszaru bagiennego na Karaibach - rezerwatu biosfery.

Fot. 8: Północna granica Cienaga de Zapata

Ostatnie kilometry przed Jaguey Grande przebyliśmy w szybkim tempie i pod dużą presją zbliżającej się burzy. Opatrzność znów nad nami czuwała, bo woda z granatowego nieba polała się szerokim strumieniem tuż po tym, jak ostatni członkowie naszej kolumny znaleźli się pod dachem przydrożnej stacji benzynowej.

 Liczyliśmy na to, że odnajdziemy w tej 100 tysięcznej miejscowości, po ponad 20 latach braku kontaktu, znajomego Kasi. I tak się stało. Po godzinie odebrał nas stamtąd Don Pedro (carramba, jak trudno go było zrozumieć) i zabrał nas do swojego domu, nakarmił, wysuszył i udzielił schronienia.
Ten głęboko wierzący w ideały rewolucyjne człowiek odkrył przed nami inny sposób percepcji kubańskiej rzeczywistości i pokazał, że na Kubie jest wiele osób takich jak on - żyjących w przekonaniu że rewolucja kubańska nie tylko nie poszła na marne ale nadal trwa.

autorzy: W. Osiński i K.Dembicz